Kiedy w 1977 roku na ekrany kin wszedł film George'a Lucasa, nikt – włącznie z samym reżyserem – nie był pewien, czy projekt się przyjmie. Dziś trudno sobie wyobrazić kulturę popularną bez Gwiezdnych Wojen. Ale czym właściwie są Gwiezdne Wojny? Filmem? Serią filmów? Marką? Światem? O tym, jak badacze mediów próbują uchwycić ten fenomen, rozmawiamy z dr. Kamilem Jędrasiakiem z Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego.
Więcej niż kino
Gwiezdne Wojny zaczęły się na ekranie – ale bardzo szybko go opuściły. Komiksy, powieści, gry wideo, seriale animowane i aktorskie, zabawki, zegarki, piórniki, zestawy LEGO… Lista mogłaby zajmować kolejne strony.
Gwiezdne Wojny to fenomen, który miał swój początek w kinie, ale faktycznie dość szybko wykroczył poza samo kino i objął spektrum tekstów bardzo różnorodnych, bo z jednej strony były to komiksy i literatura, z drugiej strony pojawiły się też nowsze media, a więc przede wszystkim gry wideo
– mówi dr Jędrasiak.
Jak ujarzmić to zjawisko pojęciowo? Badacze mediów sięgają po różne narzędzia. Sam dr Jędrasiak wymienia kilka przydatnych terminów:
Wydaje mi się, że wśród takich przydatnych terminów do opisu tego, czym są Gwiezdne Wojny, nie można byłoby pominąć takich sformułowań jak franczyza, jak właśnie marka crossmedialna albo od pewnego momentu transmedialna, jak system rozrywkowy czy nawet supersystem rozrywkowy.
Tym ostatnim terminem posługuje się jeden z najważniejszych współczesnych badaczy mediów – Henry Jenkins. W swojej przełomowej książce Kultura konwergencji opisuje on supersystemy rozrywkowe jako zjawiska, w których kluczowa jest obecność marki w różnych, często nieoczywistych przestrzeniach – niekoniecznie zaś sama narracja.
Kosmiczna opera czy fantasy? Spór o gatunek
Zanim zagłębimy się w strukturę opowieści, warto zatrzymać się przy pytaniu, które od dekad elektryzuje fanów i badaczy: czym gatunkowo są Gwiezdne Wojny?
O ile najłatwiej byłoby powiedzieć, że to science fiction, o tyle badacze wielokrotnie zwracali uwagę na to, że trochę bliżej Gwiezdnym Wojnom do fantasy. Gwiezdne Wojny są takim uniwersum, które często określa się mianem space opery albo właśnie space fantasy. Przez to, że mistyczne elementy mieszają się tam z naukowymi.
– zwraca uwagę badacz.
Moc, Jedi, Sithowie to elementy, które wpasowują się bardziej w logikę mitu i baśni niż twardej fantastyki naukowej. Próby „unaukowiania” tego wymiaru, jak słynne midichloriany z prequeli, przyjmowane są przez część fanów chłodno. Jak zauważa rozmówca, ta gatunkowa niejednoznaczność jeszcze bardziej się komplikuje, gdy spojrzymy na inne teksty z tego uniwersum:
Ostatnimi czasy, w dobie, kiedy Disney próbuje zbudować ten kanon, możemy widzieć tam pewien renesans klasycznych gatunków, takich jak western, nawet jak kino samurajskie, jak thriller polityczny czy wojenny, które realizują się w bardzo konkretnych historiach z uniwersum Gwiezdnych Wojen.
Expanded Universe, Disney i kwestia kanonu
W 2012 roku Disney przejął prawa do Gwiezdnych Wojen. Decyzja ta miała dalekosiężne konsekwencje dla całego tzw. Expanded Universe – rozległego zbioru książek, komiksów i gier, które przez dekady rozszerzały świat znany z filmów.
Disney przejął Gwiezdne Wojny z całym dobrodziejstwem inwentarza. Można byłoby powiedzieć, że w pewnym sensie przekreślił Expanded Universe po to, żeby mieć trochę większą kontrolę nad kanonem, czyli nad historiami, które będą wewnętrznie spójne
– wyjaśnia dr Jędrasiak.
W praktyce oznaczało to, że kilkadziesiąt lat twórczości – setki powieści, komiksów i gier wideo rozwijanych od lat 70. – z dnia na dzień przestało być „oficjalną" historią tej galaktyki. Postacie, które fani pokochali przez dekady, wątki rozciągnięte na tysiące stron, losy znanych bohaterów po wydarzeniach z oryginalnej trylogii – wszystko to zostało odsunięte na boczny tor. Dla znacznej części fandomu, który dorastał na tych właśnie książkach i grach, była to decyzja głęboko odczuwana jako zdrada.
Dawne Expanded Universe nie zniknęło jednak bez śladu – dziś funkcjonuje pod nazwą Legends, jako zbiór historii, które mogły się wydarzyć w tym świecie, ale nie musiały. Nowy właściciel marki mógł więc budować świat od nowa, zachowując selektywną kontrolę nad tym, co uznaje się za „oficjalne”.
Opowiadanie transmedialne – siła i ryzyko
Sercem współczesnej strategii narracyjnej Gwiezdnych Wojen jest to, co Jenkins nazywa narracją transmedialną – techniką, w której historia rozproszona jest między wiele mediów, a każde z nich wnosi do niej coś unikalnego. To nie to samo, co adaptacja, w której tę samą historię przenosi się z jednego medium do drugiego. W opowiadaniu transmedialnym każde medium robi to, w czym jest najlepsze – film buduje widowisko i emocje, serial pozwala na powolne rozwijanie postaci, komiks eksploruje marginesy świata, gra wideo daje sprawczość i pozwala być częścią historii, a nie tylko jej obserwatorem.
Najogólniej rzecz ujmując, to takie sytuacje, w których jakiś film, jakiś serial są ze sobą tak powiązane, że nieznajomość serialu może utrudnić zrozumienie filmu i odwrotnie. W idealnym scenariuszu obydwa te dzieła są samowystarczalne, a te powiązania między nimi traktujemy jako wartość dodaną – taki dodatek.
– tłumaczy badacz.
Doskonałym przykładem jest relacja między filmem Łotr 1: Gwiezdne Wojny – Historie a serialem Andor. Oba można oglądać osobno, ale ich wzajemne powiązania otwierają przed widzem zupełnie nowe poziomy rozumienia. Oba można oglądać osobno – ale dopiero razem tworzą pełny obraz wydarzeń i postaci. Znajomość Łotra 1 sprawia, że Andor ogląda się zupełnie inaczej – i odwrotnie. Podobne powiązania istnieją między serialami animowanymi a aktorskimi, między epizodami a filmami pobocznymi, a niekiedy nawet między grami a produkcjami ekranowymi. To oznacza, że naprawdę zaangażowany fan Gwiezdnych Wojen musi dziś poruszać się jednocześnie po kilku platformach streamingowych, półkach z komiksami i bibliotece gier wideo. To nie jest zarzut – to po prostu opis skali przedsięwzięcia. Transmedialna narracja z założenia nagradza tych, którzy inwestują więcej. Każda kolejna produkcja, którą się poznaje, sprawia, że poprzednie nabierają nowych znaczeń.
Jak zauważa dr Jędrasiak, transmedialne opowiadanie niesie jednak ze sobą poważne ryzyko. Wymaga od widza inwestycji – nie tylko czasu, ale i pieniędzy: subskrypcji różnych platform, zakupu gier czy komiksów. Im bardziej rozbudowana sieć powiązań, tym wyższy próg wejścia dla kogoś, kto chciałby zacząć przygodę z uniwersum dziś, od zera.
To odstrasza część widzów od tego uniwersum. Dlatego też taka strategia, którą można zaobserwować w Gwiezdnych Wojnach, można byłoby powiedzieć, że jest zaadresowana do najbardziej oddanych, najbardziej zagorzałych fanów, a jednocześnie ci najbardziej oddani i zagorzali fani poprzez przywiązanie do przeszłości tego uniwersum, są też często grupą najbardziej krytyczną.
Rozumienie przyłączeniowe, czyli jak nowe nadpisuje stare
Jednym z ciekawszych zjawisk opisywanych przez Jenkinsa – i przywoływanych przez naszego rozmówcę – jest tzw. rozumienie przyłączeniowe. Chodzi o sytuacje, gdy nowy tekst kultury nie tyle zastępuje poprzedni, co pozwala nam go zobaczyć w innym świetle.
Kiedy mówię o rozumieniu przyłączeniowym, mam na myśli takie sytuacje, w których nowe dzieło pozwala nadpisać nasze dotychczasowe interpretacje niektórych wątków albo coś, co postrzegaliśmy jako lukę fabularną, albo za duże uproszczenie. Dzięki jakiejś nowej historii nabiera większej głębi
– dodaje dr Jędrasiak
Przykład? Znowu Łotr 1 – film, który rozgrywa się bezpośrednio przed wydarzeniami z Nowej nadziei (1977), wypełniając fabularne braki pierwszego epizodu sagi. Gwiezdne Wojny z 1977 roku nosiły z resztą początkowo po prostu tytuł Star Wars – podtytuł Epizod IV: Nowa nadzieja pojawił się dopiero w 1981 roku, gdy Lucas zdecydował, że historia jest częścią większej całości.
Co więcej, reżyser zaczął opowieść od środka – chronologicznie epizody I–III (trylogia prequeli) rozgrywają się wcześniej, choć nakręcone zostały po oryginałach. Nowe filmy pozwalają więc reinterpretować to, co widzowie znali od dawna.
Krótko mówiąc, reinterpretujemy pewne rzeczy, mając dostęp do nowych informacji, których dostarczają nam późniejsze teksty
– podsumowuje dr Jędrasiak.
Kontrowersje jako maszyna dyskursu
Spory między fanami Gwiezdnych Wojen są legendarne. Kto strzelił pierwszy – Han Solo czy Greedo? Co wolno zmienić w remasterowanych wersjach klasycznych filmów? Czy nowe trylogie respektują dziedzictwo oryginałów?
Zdaniem dr. Jędrasiaka, część tych kontrowersji może być… zamierzona:
Wydaje mi się, że coś w tym może być, że pewnych rzeczy celowo się nie doprecyzowuje, pewne rzeczy celowo się zmienia. Korzysta się też z tzw. retconów, czyli takich strategii reinterpretowania własnej historii i ustanawiania kanonu na nowo po to, żeby ludzie o tym dyskutowali. Czy to cyniczne? Być może. Czy to działa? Na pewno, bo inaczej Gwiezdne Wojny nie stałyby się takim fenomenem, jakim są dzisiaj.
Galaktyka dla każdego
Mimo całej złożoności, twórcy Gwiezdnych Wojen pamiętają o tym, że nie każdy widz chce być fanem-encyklopedystą. Część produkcji z tego uniwersum to zamknięte, samodzielne historie – tzw. stand-alone – które można pochłonąć bez znajomości reszty kanonu. Zróżnicowany jest też target: część treści kierowana jest do wieloletnich fanów, część – do nowych widzów, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w odległej galaktyce.
Dawno, dawno temu powstał film, który miał być tylko filmem. Dziś Gwiezdne Wojny to coś znacznie trudniejszego do zdefiniowania – i właśnie dlatego to też coś tak fascynującego. Niech Moc będzie z Wami.
Redakcja: Biuro Promocji i Komunikacji Wydziału Filologicznego UŁ
